Lista zakupów, przepis od mamy, hasło do routera. Jedno miejsce, do którego wchodzisz z każdego urządzenia z przeglądarką — i z którego pokazujesz notatkę jednej osobie, a nie wszystkim.
Trzy sytuacje, po których ta aplikacja w ogóle powstała.
„Przepis mam na laptopie, a gotuję z telefonem w ręce."
„Wysłałam listę zakupów SMS-em, a pół godziny później była nieaktualna."
„Gdzieś to zapisałem. Naprawdę gdzieś to zapisałem."
Zrzuty są prawdziwe, prosto z aplikacji. Treść na nich jest wymyślona — konta „Ala" i „Basia" istnieją po to, żeby było co sfotografować.
Pogrubienie, kursywa, nagłówki, listy wypunktowane i numerowane. Do tego zadania z checkboxem, który klikasz — a odhaczone schodzą na dół listy.
Nie ma przycisku „zapisz". Notatka zapisuje się sama, kiedy przestajesz pisać.
Notatki leżą w przestrzeniach, które nazywasz sam: Dom, Praca, Wyjazd. Na wierzchu jest jedna lista ze wszystkim naraz.
Etykiety zawężają ją do jednego tematu, a kolejność przestawiasz na ostatnią zmianę albo na tytuł.
Wpisujesz słowo, dostajesz notatki razem z fragmentem, w którym ono stoi. Szuka też w tym, co udostępnił Ci ktoś inny.
Wpisujesz adres e-mail i wybierasz, co tej osobie wolno: odczyt, edycja albo administrowanie. Zamiast osoby możesz wskazać własną grupę.
Dostęp odbierasz jednym kliknięciem, w tym samym miejscu.
U niej notatka pojawia się na liście „Udostępnione mi", z odznaką poziomu dostępu — od razu wiadomo, czy wolno w niej pisać.
To samo działa z całą przestrzenią: jeden ruch zamiast udostępniania notatki po notatce.
Motyw wybierasz na ekranie „Konto": jasny, ciemny albo za ustawieniem systemu. Wybór zostaje na tym urządzeniu, na którym go zrobiłeś.
Dwie rzeczy. Reszta jest zwykłym edytorem notatek i tak jest napisana.
Google Keep nie ma udostępniania „tylko do odczytu" — kogo dopiszesz do notatki, ten może w niej pisać. Notion na darmowym planie robi odwrotnie: gość dostaje sam odczyt.
Tutaj wybierasz przy każdym udostępnieniu z osobna.
Zakładasz grupę „Rodzina", dodajesz do niej cztery adresy e-mail i udostępniasz jej przestrzeń. Raz.
Kiedy dochodzi ktoś nowy, dopisujesz go do grupy, a nie do każdej notatki po kolei. U reszty stawki to samo wymaga firmowego konta albo grupy Google.
Cztery kroki. Trzeci wymaga, żeby druga osoba też miała konto — o tym niżej.
Adres e-mail i hasło. Potem klikasz link, który przychodzi na skrzynkę.
Od razu, w przeglądarce. Zapisuje się sama.
Podajesz adres e-mail i poziom dostępu. Druga osoba dostaje powiadomienie w aplikacji.
Ten sam adres, to samo konto, ta sama treść. Bez przenoszenia plików.
W przeglądarce, na komputerze i na telefonie. Jedna droga, bez instalowania czegokolwiek.
Windows, macOS, Linux, Android, iPhone — wszędzie, gdzie masz przeglądarkę. Wchodzisz na adres i piszesz; nie instalujesz ani nie aktualizujesz nic.
Zacznij tutajNotatka zapisana na telefonie jest ta sama na komputerze. Logujesz się tym samym adresem e-mail i widzisz swoje przestrzenie, notatki i udostępnienia bez przenoszenia plików.
Bez reklam i bez sprzedawania Twoich danych — w obu planach.
0 zł
od 29 zł za 30 dni
| 30 dni | 29 zł |
|---|---|
| 90 dni | 79 zł |
| 180 dni | 149 zł |
| 365 dni | 279 zł |
Płatność obsługuje Przelewy24 (PayPro S.A.) — szybki przelew, BLIK albo karta. Ceny to kwoty końcowe; płacisz raz za wybrany okres, nic nie odnawia się samo. Limity planu darmowego obowiązują — do limitu notatek liczy się też kosz, a gdy go osiągniesz, aplikacja powie to wprost i podpowie, jak zwolnić miejsce.
Nie. Otwierasz stronę w przeglądarce — na komputerze i na telefonie tak samo.
Tak, musi. Udostępnianie idzie po adresie e-mail konta w Kajetniku i nie ma tu linku „dla każdego, kto go dostanie". To jest cena poziomów dostępu: bez konta po drugiej stronie nie da się rozróżnić, kto ma odczyt, a kto edycję.
Tak, w każdej chwili, w tym samym panelu, w którym go nadałeś.
Trafia do kosza i przez 30 dni da się ją stamtąd przywrócić. Po 30 dniach kosz kasuje ją na dobre sam, a wcześniej tylko wtedy, gdy go opróżnisz — i o to aplikacja pyta osobno.
Tak. Na ekranie „Konto" pobierasz archiwum ZIP ze wszystkimi notatkami w Markdownie, czyli w plikach tekstowych, które otworzy dowolny edytor. W tym samym miejscu usuwasz całe konto.
Nie w tej samej chwili. Kiedy ktoś zapisze notatkę otwartą u Ciebie, dostajesz o tym znak i pobierasz nowszą wersję jednym kliknięciem. Prawdziwej edycji równoczesnej, takiej jak w dokumentach Google, tu nie ma.
Bez reklam i bez profilowania. Treść notatek leży w bazie na jednym serwerze, zapisana zwykłym tekstem — nie jest zaszyfrowana w sposób, który uniemożliwiałby jej odczyt administratorowi. Szczegóły w polityce prywatności.
Nie ma reklam — w żadnym planie i w żadnym miejscu aplikacji.
Kajetnika prowadzi jedna osoba w ramach firmy AFP - PIOTR BARANOWSKI — pełne dane sprzedawcy i telefon są w Kontakcie. Krótka droga decyzyjna to zaleta: zgłoszona rzecz nie czeka na cudzy backlog.
Na zgłoszenia odpowiadam zwykle w ciągu jednego–dwóch dni roboczych; reklamacje rozpatruję w terminie z regulaminu. Pobranie wszystkich notatek do pliku stoi na ekranie „Konto" od pierwszego dnia — swoje dane zabierasz w każdej chwili, bez pytania kogokolwiek o zgodę.
Coś nie działa albo czegoś brakuje? Napisz. Po zalogowaniu jest do tego pozycja „Zgłoś uwagę", a odpowiedź wraca powiadomieniem w aplikacji.
Założenie konta to adres e-mail, hasło i jeden link ze skrzynki.